Przed arcyważnym meczem z Austrią Wiedeń, drużynę Kolejorza czekała walka o ligowe punkty w Łodzi. Na ŁKS szykowała się istna inwazja, gdyż do Poznania przysłano aż 2000 wejściówek. Jak się okazało, większość z nich znalazła nabywców i przy łódzkiej Alei Unii Lubelskiej ku chwale Kolejorza śpiewało prawie 1900 osób. Niewiele więcej przybyło miejscowych - łącznie mecz oglądało ok. 5000 osób.
Doskonałe połączenie autostradowe sprawiło, że autokary i samochody poznańskich kibiców przejechały trasę Poznań-Łódź w ekspresowym tempie. Pod samą Łodzią po krótkiej zbiórce, połączyły się w kawalkadę i ruszyły w stronę stadionu ŁKS-u. Na miejscu jeszcze tylko dłuższy spacerek pięknie zazielenioną Aleją Unii Lubelskiej, błyskawiczne przejście bramki (sprawniejsze niż w Poznaniu - i mowa o kibicach gospodarzy!) i już wszyscy byli na sektorze gości. Na miejscu trwały mecze dzieci, a na stadionie panowała niemal zupełna cisza, nie licząc pojedynczych przyśpiewek dopingujących z trybuny głównej rodziców. Zawodnicy jednej z drużyn (prawdę mówiąc nawet nie wiedzieliśmy, kto i o co gra) zrobili jeszcze rundę honorową wokół stadionu i pozostało nam już tylko czekać na właściwą grę, wraz z powoli schodzącymi się kibicami ŁKS-u.
Już przed samym meczem było widać, że tego dnia ŁKS nie będzie zanadto mógł liczyć na atut własnego boiska. Już bowiem pierwsze okrzyki wskazały, że ekipa gości będzie jak nie głośniejsza, to co najmniej równie głośna jak gospodarze. Dużo śmiechu w naszym sektorze wywołał apel miejscowego wodzireja, dobrze słyszalny z racji wygłoszenia przez nagłośnienie. Jak was bardzo proszę, żebyście dzisiaj wszyscy śpiewali... - myślę, że nie wymaga komentarza. Przy naszych najgłośniejszych okrzykach po całym obiekcie niosło się echo, a leciwe betonowe płyty sektora lekko drżały. Wszyscy już wiedzieli - to będzie nasz dzień.
Na wstępie ruszyliśmy z naszą sztandarową przyśpiewką wyjazdową "Za Lechem przemierzamy cały świat", prezentując nasz patent, czyli ściszanie i pogłaśnianie. W efekcie na wyjście piłkarzy z naszego sektora szedł nie do opisania wrzask. ŁKS zaprezentował oprawę meczową. Najpierw na płocie Galery pojawił się transparent: "Nie jest cudownie, ale nie chcemy tego zmienić -", po chwili zastąpiony drugą częścią "- nie ma drugiej takiej ukochanej ziemi". Nad Galerą rozwinięto wówczas sektorówkę, prezentującą stadion ŁKS-u z lotu ptaka z napisem "Al. Unii Lubelskiej", wkomponowany w barwy Łodzi i ŁKS-u. ŁKS początkowo nieźle radził sobie z dopingiem, jednak wpierw pierwsza, a potem druga bramka, osłabiła ich entuzjazm. O ile ichniejszy młyn prowadził jakiś doping przez cały czas, o tyle reszta stadionu uaktywniała się tylko przy znanej antywidzewskiej przyśpiewce. Pod względem zaangażowania całego stadionu prezentujemy się więc dużo lepiej od ŁKS-u.
Pierwsza bramka, po rykoszecie, zaskoczyła nas chyba niemniej niż bramkarza ŁKS-u. Stąd też nasza radość po bramce była jakby na spóźnionym zapłonie. Przy klarowniejszym drugim golu nie było już chwili zawahania i wszyscy ryknęliśmy z radości ile sił w płucach. Nasz doping od początku był bardzo głośny, a strzelone bramki jeszcze bardziej nas nakręcały. Pod koniec połowy byliśmy już jednak trochę zmęczeni, gdyż podczas doliczonego czasu wszyscy śpiewali bez animuszu, oczekując już na kwadransowy odpoczynek. Ostatni gwizdek pierwszej części gry przyjęto więc na sektorze z dużą radością.
Z jeszcze większym impetem ruszyliśmy do dopingu w drugiej połowie. Podczas niej zaprezentowaliśmy także naszą oprawę. Nad sektorem gości rozwinięto ogromne białe płótno, przedstawiające artystycznie namalowaną dłoń, sypiącą wiązkę niebiesko-białej "przyprawy". Nad wizerunkiem z jednej strony inicjały naszego klubu - LP, a z drugiej gra słów: "zawsze ostro d'oprawiamy". Bo boku flagi pojawił się las niebieskich flag, zaś całość zwieńczyło kilka odpalonych na górze rac. Wrażenie robić mogła prostota przekazu i niezwykła staranność w wykonaniu choreografii.
Mecz trwał, po drodze ku naszej wielkiej radości Lech podwyższył na 3:0, a my dalej prowadziliśmy znakomity doping. Rewelacyjnie wyszły przede wszystkim ciągnięte wiele minut, śpiewane na zmianę "Do boju KKS" i "Dumą Polski jesteśmy od lat". Choć niestety wśród nas, nie wiadomo po co, zjawili się pojedynczy ludzie nie angażujący się w doping, jednak zdecydowana większość porządnie wypchanego sektora gości bawiła się na całego. Fani Kolejorza wpadli w istny trans, gdy na sektorze odpalono paredziesiąt rac świetlnych. Na sektorze zrobiło się od nich aż jasno, a atmosfery śpiewania w ich łunie nie da się opisać. W tym czasie nasz doping osiągnął apogeum i trwał w nim aż do ostatniej minuty. W całej drugiej połowie ŁKS praktycznie nie istniał, przynajmniej na naszym sektorze nie było w ogóle ich słychać. Dopiero w samej końcówce, gdy już zapewne miejscowym było wszystko jedno co do wyniku, tzw. "Rodowici łodzianie" (jak sami się nazywają) ruszyli z głośnym dopingiem na dwie trybuny.
Łódzki stadion opuszczaliśmy bardzo zadowoleni zarówno wynikiem, grą, jak i świetną zabawą na naszym sektorze. Na usta aż się cisnęła przyśpiewka "...mistrzem Polski będzie Lech!", tego jednak wodzirej nie zapodał. Mecz, mimo niezwykle napiętych relacji między fanami obu drużyn, miał na trybunach spokojny przebieg, niewiele też w porównaniu z poprzednimi meczami obu ekip było bluzgów. Z ciekawszych informacji warto jeszcze zaznaczyć, że razem z nami na sektorze piłkarzy Lecha Poznań dopingował Michał Lipczyński. Z racji dyrektorskiej posady w klubie zapewne mógł liczyć na bardziej komfortowe warunki, tym większy więc szacunek dla niego, że zdecydował się spędzić mecz jak za starych kibicowskich lat.
Łódzcy mundurowi lubili dawniej trzymać nas długo na stadionie, w 2007 r. prezentując przy tym zabawne pokazy pseudomusztry, nie wiadomo czemu służące. Tym razem jednak nie dość, że większość policjantów nie ustawiła się w rzędach z tarczami i kaskami, lecz siedziała w radiowozach, a ochroniarzy też wystawiono symboliczną liczbę, to jeszcze nikomu nie było w głowie trzymanie nas na miejscu. Jak widać, można zabezpieczać imprezę bez zbędnej pokazówki. Po krótkim oczekiwaniu, bramy stadionu zostały otwarte i wszyscy weszliśmy do swoich pojazdów. Połączenie autostradowe znów dało się przekonać o swoich zaletach i jeszcze grubo przed północą wszyscy byliśmy w domach. Niektórzy zmotoryzowani, nawet przed 22.00.
Mecz z ŁKS-em to już historia. Teraz na celowniku Austria Wiedeń. Jeśli na Kotle zbierze się w czwartek ekipa pokroju niedzielnej wyjazdowej, z pewnością pociągnie do ogłuszającego dopingu cały stadion. A wtedy nie ma siły - wiedeńczycy muszą zmięknąć.
Ze sportowym pozdrowieniem
Mateusz Otta
|